poniedziałek, 11 listopada 2013


"Przystanęła, przygnieciona naporem emocji, które trudno było utrzymać na wodzy."
S. Holmes

niedziela, 10 listopada 2013

Oszczędna w słowach

Od kiedy pamiętam, zawsze byłam oszczędna w słowach. Żeby ze mnie coś wyciągnąć trzeba się było naprawdę nagimnastykować. Wolałam słuchać, niż coś powiedzieć. O emocjach, sytuacjach, problemach wolałam nic nie mówić, pozostawiając to wszystko dla siebie. Wiem, że to było/jest nie zdrowe, ale taka już jestem. Próbowałam coś z tym zrobić, jednak nie do końca udało mi się z tego uwolnić.

Teraz, i tak samo jest.
Oszczędna we wszystkim.
Próbuję na swój własny sposób jakoś wytłumaczyć, powiedzieć co leży na sercu. Tylko, że to nie jest tak proste, jak się myśli. Jeżeli się na mnie spojrzy, zobaczy moje oczy to się ujrzy wszystko. Można wtedy czytać, jak z otwartej księgi, bez żadnych przeszkód, bez żadnych pozorów. Pomimo sztucznego uśmiechu, mechanicznych słów i uciekającego wzroku. Tylko, że niektórzy ludzie chcą tylko uwierzyć w uśmiech, słowa, które wypowiadasz, żeby nie usłyszeć prawdy, tej najważniejszej i bardzo bolesnej prawdy. Sporadycznie spotykamy osoby, które rozumieją nas bez żadnych, zbędnych słów, wystarczy im tylko minimalny rzut oka i wiedzą wszystko. Ważne jest, żeby mieć, chociaż jedną taką osobę, która nie wypowiada zdań, które i tak nic nie wnoszą do Twojego życia, nie ukoją Twojego bólu, a wręcz przeciwnie, spotęgują ten ból, smutek i brak wiary w swoje siły.

Z każdym, kolejnym tygodniem oddalam się od A. Od tej osoby, na którą zawsze mogłam polegać. Czuję, że większa jest moja wina. Uciekam od Niej. Nie potrafię być szczera ze samą sobą, a tym bardziej z Nią. Kiedy tylko wypowiadam parę słów na Jego temat pojawia się wokół nas dziwna atmosfera, dlatego wolę nic nie mówić i udawać, że jest dobrze. Dlatego nauczyłam się, że przy innych osobach ubierać obojętną maskę i mieć wszytko w d... . Nie potrafię także, w jasny sposób odpowiedzieć na proste pytania. Szukam wtedy słów, żeby w logiczną całość wyskrobać kilka zdań, nie narażając innych na większy dyskomfort. I tak oszukujemy się nawzajem, omijając pewne tematy, pewne terytorium naszych dusz, naszych zdań.

Czuję coraz większy wzrok innych ludzi, kiedy wykładowcy przypadkowo, zaczynają temat śmierci, żałoby, radzenia sobie po odejściu kogoś bliskiego. Przeważnie przybieram postawę obojętności, krzyżuję ręce, podnoszę wysoko głowę, i próbuję być silna, nie pokazując, że to wszystko dociera do najgłębszej rysy w moim sercu i duszy. Czasem również, pod nosem komentuję.

Na zajęciach przeważnie wałkuje się temat śmierci matki, że ona robi większe spustoszenie w psychice, w życiu, w człowieku. Ja jednak z tym się nie zgadzam. W życiu przeżyłam wiele odejść bliskich mi osób. Przeważnie się po nich pozbierałam. Jednak każda z nich zostawiła na moim ciele wiele niezagojonych blizn, nie wypowiedzianych słów, nie dotrzymanych obietnic. Moim zdaniem śmierć matki, jak i ojca, dziecka, męża, rodzeństwa, przyjaciela, babci, dziadka jest ważna, daje te same objawy, w podobny sposób przeżywamy żałobę, w podobny sposób wspominamy, w podobny sposób próbujemy na nowo ułożyć sobie życie i w podobny sposób jakoś żyjemy bez Nich, wiedząc, że przyszłość nie będzie już taka sama, jaka była teraźniejszość, kiedy mieliśmy Ich na wyciągnięcie dłoni, kiedy byli obok Nas. 


poniedziałek, 4 listopada 2013

GŁOS

"Wspomnienia są  jak wirujące ostrza: niebezpieczne, gdy podchodzi się za blisko"
Fawel Threse "Souvenir"


Jestem emocjonalnie wypluta. 
Nie rozumiem swoich relacji z najbliższymi. 
Ich nie rozumiem. 
Siebie nie rozumiem.

Wiem jedno, że coraz bardziej czuć wielką pustkę, która rozlewa się po całym ciele, zaczynającą się od serca.

Piątek był preludium wszystkiego.
Brakowało jednego człowieka.
Brakowało jednego świata.
Brakowało jednego uśmiechu.
Brakowało tego Głosu.

Mam dość tego wszystkiego.
Mam dość w kółko rozpamiętywania tego wszystkiego, tego co się zaczęło na początku maja a skończyło się w połowie czerwca.
Mam dość niewyjaśnionych spraw.
Mam dość niewypowiedzianych słów.
Mam dość współczującego wzroku.
Mam dość tętniącego życiem świata.
Mam dość szalejącego czasu.
Mam dość siebie.
Mam dość tego, że Ja żyję a nie On.

Układam w głowie słowa, które chciałabym przelać na papier. Jednak jak zawsze, gdy zaczynam pierwsze słowo zaczyna się pustka. Ułożone zdania, dzięki którym chciałabym być zrozumiana, w jednej sekundzie uciekają w nicość. Trudno jest pisać o tym co leży na sercu i w głowie, czego się samemu jeszcze nie zrozumiało. Chciałabym w jasny sposób jakoś to ogarnąć, poczuć równowagę między umysłem, duszą a sercem. Chciałabym siebie zrozumieć. Zrozumieć swoje uczucia, emocje, lęki.

"Wiersz, który próbowała skomponować, był poświęcony Jemu. Starała się w nim osiągnąć równowagę między zabarwionym irytacją smutkiem a wdzięcznością. Nie wychodziło jej to, bo złość i gniew, że Go straciła, wciąż były większe niż wdzięczność, że Go miała"
Fawel Threse "Souvenir" 

Dzisiaj od ponad 5 miesięcy, namacalnie usłyszałam Jego głos. Tak realnie żywy. Tak wybitnie Jego ton. Kilka słów, które przywołały niechciane obrazy; które wywołały atak płaczu, paniki, strachu. Głos, który również przywołał chwilowy uśmiech, wspaniałe obrazy spędzone w dzieciństwie i nie tylko. Najwspanialszy Głos - muzyka dla uszu, rozbitego serca. 

Szkoda tylko, że był to tylko Jego głos nagrany na sekretarkę domowego telefonu.