wtorek, 29 września 2015
czwartek, 27 sierpnia 2015
"[...] Spojrz na niebo choć przez pare sekund Ono widzi gdzieś w nas ład [...]"
Po raz kolejny zabieram się by coś napisać. Po raz kolejny słowa, które układały się w idealny ciąg w mojej głowie, bez wielkiej przyczyny wyleciały... Po raz kolejny po kolei kasuje zdania, które napisałam, bo wydają się jakieś takie nijakie, tak bardzo podobne do siebie....
A w mej głowie, jak zawsze burza z piorunami....
Tak bardzo bym chciała coś zrobić, szalonego, bez namysłu, czy można, czy wypada... ale jak zwykle zwycięża mój racjonalizm i zbyt długie zastanawianie się, bo przez ten jeden ułamek sekundy, cała odwaga, którą miałam sprzed chwili uleciała...
Gdy za oknem zaszło słońce, gdy jest ciemno i widać jedynie gwiazdy na niebie zastanawiam się, czy czegoś przypadkiem nie przegapiłam, nie wypuściłam z rąk, czy czasem coś, albo kogoś nie zauważyłam... bo czasem o naszym życiu decyduje przypadek, cholernie głupi przypadek...
Gdy tak patrze na niebo, tęsknym wzrokiem licząc gwiazdy powieki mi się same zamykają, a za nimi widzę intensywny zielony kolor oczu.... kolor tak bardzo nieznany, ale wydający się tak bardzo blisko.... kolor nie mój, ani nie Jego - bo My jesteśmy/byliśmy niebieskoocy... Zielony kolor, który narzuca mi się już od kilku tygodni, kolor który chciałabym zapomnieć.... ale z jakieś dziwnej przyczyny nie mogę, nie potrafię... zielony kolor, który 'tego dnia' poznałam na nowo, inaczej: zauważyłam ich intensywną barwę... kolor oczu, za którym czai się On... On, mężczyzna, którego znam od lat, ale tak naprawdę nigdy dobrze nie znałam. Mężczyzna tak bardzo realny, że aż nierzeczywisty....
Gdy tak patrzę na to niebo zastanawiam się, czy czasem nie wyobraziłam sobie tych oczu, tego Kogoś... ale wiem, że nie .... bo On jest tak blisko, a zarazem tak daleko ...
Czasem wiem co mam robić, mam konkretną odpowiedź, wiadomość... ale nie mam tej odwagi, by nacisnąć 'wyślij', bo jak tak można....
Ale gdyby coś było, nie tylko z mojej strony to dawno by coś wyszło... i tak:
"Ona nie chciała się narzucać. On nie chciał za bardzo Jej komplikować życia sobą. Tak jakby nie wiedzieli, że znaczą dla siebie więcej niż wszystko"
Mój lęk, ogromny lęk ... nie pozwala...
Boję się ... ale czego?
Rozczarowania, bólu, zranienia?
Bo ileż można znieść....
Ja już kiedyś czułam.... mocno kochałam.... i z tamtych lat pozostał tylko lęk i obietnica, że już nigdy nikomu nie pozwolę się tak zranić...
Ufałam, mocno ufałam.... ale co z tego?
Jednak z drugiej strony jeżeli nic nie zrobię, to nigdy się nie dowiem....
I tak teraz, wczoraj, dziś i jutro będę spoglądała na swoje niebo...
czwartek, 6 sierpnia 2015
Warszawa
Jutro wyjeżdżam na kilka dni, a ja jeszcze nie opisałam pobytu w Warszawie.
Z Warszawy mam mieszane uczucia. Z jednej strony było fajnie, zwiedzanie, zakupy, pobyt u siostry, ale z drugiej strony dał się we znaki upał i zmęczenie.
W sobotę wyjechałam dość wcześnie, żeby szybciej być i móc zwiedzić stolicę, gdyż do niej z domu mam jakieś 160 km.
Siostra na samym początku zabrała Nas do PKiN, potem na starówkę. W niedzielę pojechałyśmy na zakupy. Przejechałyśmy się metrem, spacerowałyśmy po pięknych ulicach Warszawy. Ja robiłam zdjęcia (jak zawsze).
Z tych dwóch dni mam wspomnienia zatrzymane na obrazach:
Z Warszawy mam mieszane uczucia. Z jednej strony było fajnie, zwiedzanie, zakupy, pobyt u siostry, ale z drugiej strony dał się we znaki upał i zmęczenie.
W sobotę wyjechałam dość wcześnie, żeby szybciej być i móc zwiedzić stolicę, gdyż do niej z domu mam jakieś 160 km.
Siostra na samym początku zabrała Nas do PKiN, potem na starówkę. W niedzielę pojechałyśmy na zakupy. Przejechałyśmy się metrem, spacerowałyśmy po pięknych ulicach Warszawy. Ja robiłam zdjęcia (jak zawsze).
Z tych dwóch dni mam wspomnienia zatrzymane na obrazach:
| panorama :) |
środa, 29 lipca 2015
Buszująca w zbożu
Lubię zboże na zdjęciach. Lubię zboże na tle zachodu słońca. Lubię zboże na tle ciepłego słońca. Lubię zboże po deszczu. Uwielbiam zdjęcia. Uwielbiam robić zdjęcia. Dlatego dwa dni temu, kiedy deszcz ustał, a wyszło słońce, zabrałam swój aparat i zrobiłam kilka zdjęć.
A co z tego wyszło, zobaczcie sami :)
poniedziałek, 20 lipca 2015
ułamek sekundy
Miało być o Warszawie, miała być relacja z pobytu. Miało być o tym, że się odważyłam jechać sama autem do stolicy.
Ale dzisiaj o tym nie będzie. Nie będzie zdjęć.
Będzie o Aniele Stróżu... po raz kolejny... o moim życiu decyduje przypadek... jeden ułamek sekundy zastanowienia się i wyjazd... jeden ułamek sekundy, który spowodował, że nic się nie stało... jeden cholerny ułamek sekundy, a nie wiem, czy nadal bym tu była...
Lato naszło, a za tym i burze... lekkie, które ochładzają powietrze, ale też takie, którym jeży się włos na głowie... są i takie, które przeobrażają się w tornado... Wczoraj właśnie przeszło na mojej okolicy, takie tornado....
Zacznijmy od początku.
W Warszawie z M. miałyśmy w planie, że pójdziemy do kina, potem na obiad i koło 17/18.00 wyjadę, spokojnie do domu. Na film się spóźniliśmy, a nie opłacało się czekać 1,5 godz. na następny seans i tak wcześniej poszłyśmy coś zjeść, potem podjechałyśmy do Jej mieszkania, bym mogła spokojnie się spakować i o równej 15.00 wyjechać do domu. Dwie godziny spokojnej drogi. Nic nie zapowiadało tego co się stanie. Dobrze się jechało, mimo duszności odczuwanej w powietrzu. Zdążyłam jeszcze na minute zajrzeć do Szczególnego Miejsca. Zajechałam pod dom. W ostatniej sekundzie zdążyłam schować auto do garażu i zamknąć drzwi od domu. I w tym momencie rozszalała się burza, ale taka burza, którą widziałam raz w życiu, 11 lat temu. Burza, w której nie było widać nic... tylko tabun kurzu, deszczu i silnego wiatru, który zabierał ze sobą wszystko to, co napotka na swej drodze.... Siła wiatru... Ciemność... Deszcz.... i cisza... ogłuszająca cisza... Siedziałam w rodu, między jednymi drzwiami, a drzwiami mego pokoju... w ciemności, żeby nie widzieć i się nie bać... I moje myśli... W głowie, wypowiadałam tylko słowa, żeby nic się Nam nie stało, żeby dom ocalał, żeby było wszystko dobrze... Cisza i spokój... Po paru minutach wyszło słońce, deszcz ustał, wiatr poszedł dalej.. błyskawic już nie było
Z ledwością wstałam, otworzyłam drzwi od domu i rozejrzałam się po działce... Na szczęście Nam nic się nie stało, jedynie popękane zostały doniczki, ławkę zastałam w innym miejscu, nic w miejscu docelowym... Na trawie były połamane gałęzie... Wystawiłam samochód i udałam się do Szczególnego Miejsca, by sprawdzić, czy wszystko stoi na swoim miejscu... Całe szczęście nic się tam nie stało.... Jadąc drogą zauważyć można było połamane drzewa, zwalone na droge i pola... Zerwane dachy, połamane płoty, przewrócone meble ogrodowe... i kałuże na szosie....
Spotkałam znajomego, który opowiedział mi, że jechał z rodziną drogą w tą burzę, szukał miejsca, ustronnego i bezpiecznego, by mógł się zatrzymać, ale nie zdążył się zatrzymać... na ułamek sekundy życie stanęło mu przed oczami... ale na szczęście nic poważnego się nie stało... w ostatniej chwili dodał gazu i uciekł przed miażdżącym, spadającym, powalonym drzewem...
I w tamtej chwili uświadomiłam sobie, że ja mogłam być na miejscu tego znajomego, że ja mogłam prowadzić, wracać od M. i to mnie mogło się nie udać... Uświadomiłam sobie, że to dzięki nie obejrzanemu filmu, wyruszyłam wcześniej i zdążyłam w ostatniej sekundzie bezpiecznie się schronić..
Wystarczy tylko ułamek sekundy by się zakochać, by poznać kogoś, by się uśmiechnąć, by uwiecznić coś niezwykłego, ale także wystarczy ułamek sekundy, by świat nam runął...
Ułamek sekundy i podjęta dobra decyzja...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



