Za nami praktycznie mija kolejny, słoneczny dzień. Pomimo przeziębienia przeżyłam czas na uczelni. Pomimo mojej separacji, w niektórych momentach dałam radę.
Mogę powiedzieć, że mam fantastyczne osoby na uczelni, dzięki którym uczę się na nowo nawiązywać kontakt, na nowo rozmawiać, śmiać się, żartować, opowiadać o sobie, mimo, że głowę mam zajętą czymś innym.
demotywatory.pl
Dzisiaj po raz kolejny zauważyłam słońce, które mieni się
różnokolorowymi brawami jesieni. Zawsze właśnie lubiłam taką jesień.
Minimalny przymrozek, słońce wysoko na niebie, delikatny wiaterek, który
bawi się włosami, kolorowe liście na drzewach i z minimalną lekkością
opadające i otulające trawę. Jesień jest taką porą roku, która pozwala
na refleksję, tego co uczyniliśmy, jacy byliśmy. Pozwala także na chwilę
marzeń, wyobrażenia siebie jako osobę szczęśliwą, pogodzoną z losem. Do
takich marzeń jest jeszcze daleko. Jednak chcę wierzyć, że nie wiele mi
brakuje. Chcę wierzyć, że dam radę. Nie powiem, że życie dało mi się
mocno we znaki. Jednak coraz bardziej wiem, że dam radę. Może sama, a
może z kimś. Z Kimś kto zaakceptuje mnie taką jaką jestem, z zaletami i
wadami.
demotywatory.pl
Zawsze mówiłam, że wokół siebie mam dobre Anioły. Anioły, które są obok. Nic nie muszą robić, ani mówić, ważne jest, że czerpie od Nich siłę do walki i wiarę na lepsze jutro. Dzisiejsze usłyszane słowa: "wiedziałam, że do nas wrócisz" dają nadzieję, że dobrze będzie, że akceptują mnie, że wierzą we mnie, że są ze mną, za mną, że mi kibicują. Przelotny uśmiech, spojrzenie w oczy - to jest tak naprawdę nie wiele. Jednak właśnie taki pojedynczy uśmiech, kilka słów, spojrzenie w oczy, zrozumienie powodują, że na nowo dostrzegam nadzieję, że mam ją na wyciągnięcie ręki. Brakuje tak niewiele.
Liczy się to, że właśnie ją zauważam i nie jestem obojętna na lepsze jutro.
Przez półtora miesiąca lekarze walczyli o Jego życie.
Przez półtora miesiąca dokładnie nie wiedzieli co Mu dolega.
Początek kwietnia - spuchnięcie.
Początek maja - diagnoza Cukrzyca, typu 2, leki i insulina - pogodzenie się z tym. Początek był ciężki. Po jak to. On i cukrzyca. Przecież On był zawsze zdrowy, On był dzielny, w Nim była Siła.
Drugi i połowa trzeciego tygodnia maja - dostosowanie się do zaleceń lekarza. Rygorystyczna dieta o wyznaczonych godzinach. Zakaz słodkiego. Zakaz podjadania. Zakaz picia słodkich napojów. Przestanie palenia papierosów. Szkoda, że w tych dniach mnie nie było. Wtedy ważna była szkoła. Teraz wiem, że inaczej to powinno być. Miało być lepiej, a z każdym kolejnym dniem źle było. Żadnej poprawy, pomimo leków i diety, pomimo zaangażowania.
20 maja - ponowny powrót do szpitala.
23 maja - Ona uratowała Mu życie. Żeby nie przyszła w tej jednej sekundzie, to już wtedy byśmy przygotowywali się do pogrzebu. Jednak Ktoś nad Nim czuwał. Kłótnia z lekarzem i pielęgniarkami. Przeniesienie do innej sali. Mój powrót po egzaminie. Powrót, w którym modliłam się, żebym tylko zdążyła, żebym mogła jedynie się pożegnać.
Kolejne minuty, sekundy - coraz bardziej źle. Nadzieja na wyczerpaniu. Nie możność płaczu, wyłączenie myślenie. 10 minutowa wizyta w Jego pokoju. Trzymanie za rękę i modlenie się. Jego słowa "Nie płacz". Rozkładanie rąk przez lekarzy. Rodzina, która się zebrała i czekała na dobre wieści. Jednak nidgy nie nastała ta dobra wiadomość. 18.00 23 maja - decyzja - przetransportowanie Go do innego szpitala, który mieścił się około 30 km od domu. To nic. Ważne, że Mu tam pomogą. Szybka reakcja ordynator. Ostatnie słowa. No i śpiączka farmakologiczna. Po raz pierwszy widok taki a nie inny. Bezradność. Ciche łzy. Strach, lęk. Powtarzanie w myślach, że będzie dobrze. Pierwsza diagnoza - zapalenie płuc, sepsa, zawał serca no i ewentualnie zator płucny. Kolejne dni - odwiedzanie, czekanie na nowe wiadomości, na reakcję organizmu na podawane leki. Odrzucenie zawału i sepsy.
29 maja - Jego wybudzenie. Możliwość rozmowy. Masaż kończyn dolnych. Wypowiedzenie tych najważniejszych słów. Tych jedynych. Ostatnie słowa: "Będzie dobrze, musi być, nie ma innej opcji". Jego ostatni uśmiech. Patrzenie przez szyby na Jego, podłączonego do wszelkiej aparatury, podłączone rurki, podawanie krwi.
1 czerwca - przetransportowanie do Grudziądza, do innego, lepszego szpitala. Ponoć najlepszy w okolicy. Tomograf - odrzucenie zatorowości. Potwierdzenie wstrząsu. Wykrycie gronkowca. Kolejna śpiączka, która trwała już do Jego ostatniego dnia życia.
Podtrzymywanie Go przy życiu, dzięki aparaturze. Dializa. Krew. Osocze. Wracanie z domu, do szpitala, na uczelnie. Szpital. Dom. Egzaminy. Codzienne przemierzanie 160 km, w obie strony. Podtrzymywanie się nawzajem na duchu. Nakłanianie Jej do jedzenia. Wmawianie sobie, że będzie dobrze, że da radę, że my damy radę.
Okolica 12 czerwca - następny tomograf. Powiększone węzły chłonne. Brak reakcji organizmu na wszelkie leki. Zmiana leków na inne. Brak własnej odporności. Umieranie nadziei. Zbliżenie się rodziny. Powstrzymywanie łez.
14 czerwca - biopsja.
21 czerwca - diagnoza - Nowotwór. Jeszcze nie wiadomo jaki rodzaj. Decyzja, że na chemię się organizm nie nadaje. W poniedziałek miały przyjść wyniki, dokładne wyniki, co to jest. Lekarz nie dawał już nadziei, nie chciał nam jej dać. Sam nie wiedział, czy On z tego wyjdzie. Chociaż była minimalna poprawa, reakcja organizmu na leki. Decyzja, że będą robić tak, aby Go wybudzić i przewieźć na onkologię. W między czasie szukanie miejsca w Bydgoszczy.
22 czerwca - Nasza ostatnia wizyta. Ostatnie chwile. Mój powrót do Bydgoszczy. 16.50 telefon. Wiadomość, że Go już nie ma. Powrót do domu. Podcięcie skrzydeł. Przewrócenie świata o 360%. Niedowierzanie. Łzy. Szok. 24 czerwca - załatwianie papierów. Brak zgody na sekcję. Jego ostatni powrót do domu, do Nas.
26 czerwca - ostatnia droga. Pożegnanie się na dobre.
28 czerwca - telefon do ordynatora, który się Nim zajmował. Wiadomość - chłoniak złośliwy, nie do uratowania. Za późno odkryty. Nawet, gdyby się wtedy obudził, to nie wiadomo ile by żył, jak by żył. A tak nie cierpiał. Nie czuł. Odszedł spokojnie, bez męczarni.
Lipiec, sierpień - załatwianie wszystkiego. Papiery, papiery, urzędy, banki, zakład pracy i tak w kółko. Przystosowanie się do nowej sytuacji. Codzienne jeżdżenie do Jego nowego domu.
Wrzesień i październik - niedowierzanie, udawanie, że ma się siły, że jesteś silna. Wszelkie pozory. Trzymanie się dla Niej. Postawienie domu dla Niego.
Jest to tylko połowiczna refleksja tego, co się wydarzyło, przez te
ostatnie miesiące, których nigdy nie zapomnę, które będę pielęgnować,
każdego kolejnego dnia, każdego kolejnego roku. Do tej pory nie umiem
nazwać swoich wszystkich emocji, uczuć, które wtedy miałam, które wtedy
przeżywałam. Wiem tylko, że to był wielki strach, lęk, ból, złość,
bezsilność.
Pewnie, żeby nie inny blog i szczerości autorki nie byłoby tego wpisu. Dzięki Mama Maminka
zrozumiałam, że każdy, bez wyjątku przeżywa dramatyczne chwile, że jest to, coś, po którym trudno jest się pozbierać, gdzie poznajesz siebie i innych. Zrozumiałam także, że nie jestem sama, że muszę żyć i wierzyć w dobro nowego
dnia, że mogę pielęgnować nowe wspomnienia. I głęboko wierzę, że Wam się
uda. Chociaż przede mną jest wiele pracy i determinacji. Muszę nauczyć
się na nowo żyć.
Nigdy przez myśl mi nie przeszło, ze coś takiego przeżyję. Nigdy nie myślałam, że Nas coś takiego spotka. Zawsze myślałam, że doczeka emerytury, że będzie bawił wnuki, zajmował się hodowlą psów - tak jak chciał. Jednak los dla Nas był inny, nie łaskawy, bolesny. Chce wierzyć, że to jest tylko zły koszmar, z którego lada chwila się obudzę i będzie tak, jak kiedyś. Teraz pielęgnuję tylko wspomnienia z Nim związane, z Nami związane.
Ostatnio ktoś mi powiedział, ze jestem silna, że daję radę. Jednak tak
nie jest. Może i jestem silna, ale tylko minimalnie. Muszę żyć, jakoś
żyć. Bo tak chciałby. Robię to dla Niego, z myślą o Nim.
Nawet nie wiem, kiedy do naszych progów zawitała jesień.
Nawet nie wiem, kiedy i jak minęła wiosna.
Nawet nie wiem, jakie było lato.
Tak naprawdę mogę powiedzieć, że otworzyłam oczy, rozejrzałam się wokół, kiedy jesień na dobre rozgościła się u Nas.
Dzisiaj rozejrzałam się wokół domu, na działce.
Po raz pierwszy zobaczyłam piękno dnia.
Wschód słońca. Coś niebywałego, coś pięknego i kolorowego. Zalało barwami czerwoności i barwą pomarańczy.
Poranny przymrozek, który mi nie przeszkadzał.
Słońce w południe.
Drzewka w sadzie.
Spadające orzechy.
Liście na trawie i ich zbieranie.
Własne winogrono, które dopiero teraz mogło być przez Nas zebrane. Wcześniej jakoś nie było okazji. Nie powiem, że wiele owoców zostało zmarnowanych, wiele zostało zjedzonych przez ptaszki i inne owady.
Pomimo lęku wysokości odważyłam się wejść na dach domowego szajerku, który jest domem kociaków i wszystkich domowych rupieciów, na którym rozgościła się winorośl. Tam na dachu najwięcej było ładnych, soczystych winogron. Zbierałam, myślałam i uśmiechałam się i korzystałam z słońca.
Dobrze wiedziałam, że jakby On byłby z Nami to, dawno winogron byłby zebrany. Nie pozwoliłby tak długo czekać. Wiedziałam również, że dostalibyśmy, Ja i Ona, opieprz, że tyle zostało zmarnowanych, że liście na trawie jeszcze nie zostały zebrane, że nie zostały zebrane orzechy, że jabłka spadły i nikogo nie ma, żeby je zebrać, że spłuczka tak nie działa, jak powinna. Takich małych rzeczy jest multum. Na te rzeczy przyjdzie jeszcze czas. Małymi kroczkami ale to przodu.
Jednak dzisiaj się nie smuciłam.
Dzisiaj po raz pierwszy, naprawdę zagościł mi uśmiech na twarzy, szczery uśmiech. Bawiłam się będąc na świeżym powietrzu i w między czasie rozmawiając z Nią.
Zdaję sobie sprawę, że to mógł być pierwszy i ostatni tak, ważny dzień.
Dzisiaj było inaczej niż zawsze. Chociaż na parę godzin. Jednak bardzo ważnych godzin, gdzie się rozluźniłam.
Pomimo tego wszystkiego, wiem, że zapłacę za to zdrowiem. Już czuję gardło. Zapewne doprawiłam swoje zapalenie gardła. Ale to, co. Ale to, nic. Ważne, że w tym dniu inaczej się czułam.
W tym dniu czułam Jego obecność, poprzez słońce, spadające liście, szczek psów. Inaczej mówiąc, czułam Go poprzez otaczającą mnie rzeczywistość, otaczającą mnie przyrodę. Wiem, że jest wokół Nas, że patrzy i czuwa, że jest z Nami. Szkoda tylko, że nie osobiście.