poniedziałek, 25 listopada 2013

Nieznajomy

Są pewne słowa,  które ranią.
Są pewne gesty, które bolą.
Są pewne zachowania, które krzywdzą.

Jest pewien tłum.
A w nim, jest pewien Nieznajomy.
Ten sam.
A, jednak inny.

Są pewne zdania, na które nie wiesz co powiedzieć.
Zamyślasz się i analizujesz.
Nie dowierzasz.
Myślisz, że jest inaczej.
Inaczej myślałaś.
Inną znałaś prawdę.

A jednak.
Po raz kolejny pomyliłeś się.

 Ty, Mój Nieznajomy.
Jaka jest prawda?
Czy to, ma sens?

Chce wierzyć.
A, nie wiem w co.

Ty, Mój Nieznajomy.
Odpowiedz mi.
Opowiedz mi coś o sobie.
Daj się ponownie poznać.
Zwłaszcza z tej innej strony.

Ty, Mój Nieznajomy.
Nie odchodź.
Boję się.

Są dwie drogi.
Którą wybrać mam?
W którą wierzyć mam?

Zapada Noc.
A Ja nadal nic nie wiem.
Zdaję się na intuicję.

Próbuję im, nie ufać.
Próbuję ...
Jednak, czy to ma Sens?
Ty, Mój Nieznajomy.

Gubię się w swoich analizach.
Gubię się we wspomnieniach.
Ty, Mój Nieznajomy.

Jestem Sama.
I jest On.
Mój Znajomy.
Z jednej twarzy.
A jaka jest druga twarz?

Odpowiedz mi.
Ty, mój Nieznajomy.

Jest jeden obraz.
Bardzo wyraźny.
Są słowa, 
które wciąż dźwięczą w głowie,
które nie dają spokoju.

Czy to, co dziś wiem -
Jest Prawdą?
Czy Oni kłamią?
Czy tylko chcą, Cię oczernić?
Nie znając Cię,
Ty, Mój Nieznajomy

Cząstka mej duszy.

czwartek, 21 listopada 2013

Magia Świąt?

Długo zastanawiałam się nad tym postem. Długo zastanawiałam się nad tymi słowami. Zastanawiałam się, czy w ogóle mam zacząć ten temat, czy po prostu zostawić to, tak jak jest, nie rozrywając przy okazji swojego serca, wspomnień, czy zostawić to, tylko dla siebie. Wiem, że gdybym nie wylała z siebie tych potok słów, zdań byłoby ze mną gorzej, bardziej bym się jeszcze zamknęła. Za słowami mojej koleżanki, która we wtorek przed ostatnimi zajęciami, widząc mnie samotną, rozmyślającą na korytarzu przed aulą, wypowiedziała parę słów, które do mnie trawiły, jak grom z jasnego nieba: "Czasem nie warto! Nie warto myśleć!" I chyba miała rację. Dlatego zamiast myśleć, wolę napisać, wylać z siebie to, co mnie dręczy.

Magia Świąt? Christmas?
Czy w ogóle jeszcze coś takiego istnieje?
Patrząc na wszystko co się dzieje w sklepach, w centrach handlowych, w telewizji mam nieodparte wrażenie, że ludziom, właścicielom tych firm zależy jedyni na kasie, na tym, żeby ludzie kupowali, a nie na atmosferze. Preludium wszystkiego jest to, że w miesiącu listopadzie, który jest miesiącem wielkiej zadumy, wspomnień o tych bliskich, których już nie ma z nami; zaraz po 1 wszędzie się ukazały rekwizyty świąteczne, zaczynając od słodyczy w sklepach, przez reklamy w tv, a kończąc na choinkach, mikołajach, gwiazdach poustawianych w witrynach sklepowych i na środku w centrum handlowym. Nawet dobrze się nie obejrzymy, a za chwilę, z głośników radia polecą świąteczne nuty. Wszystko to, przecież zabija magię świąt, tą doniosłą chwilę, chwilę, która powinna być przeznaczona dla bliskich a nie dla szału zakupowego. Czy nikt tego nie widzi? Nie czuję?

Pamiętam, że mając kilka/kilkanaście lat uwielbiałam święta. Uwielbiałam czas przed świętami. Atmosferę, zapachy świąteczne, które czuło się już od początku grudnia, od Mikołajek. Nigdy z siostrą nie mogłyśmy się doczekać Wigilii, pierwszej gwiazdki, rodziny, opłatka no i prezentów. 

W ten szczególny dzień, w dzieciństwie grałam z rodzeństwem w statki, bądź inne gry planszowe. Od południa czuło się zapachy smażonego karpia, sałatek i potraw przygotowywanych na ten wieczór i na następne świąteczne dni. Tak było kiedyś.

Od 17 roku życia nie cierpię świąt, nie wierzę w Mikołaja, nie czuje tej magii, doniosłej atmosfery, może dlatego, że w tamtym roku wydarzyło się coś, co mnie mocno zmieniło, gdzie musiałam szybko wydorośleć, pogodzić się z przemijaniem, nieuchronnym czasem i kruchością życia. Z tamtych świąt pamiętam płacz, namacalne puste miejsce i obraz przewijający się w głowie - obraz ostatniego tchnienia osoby, która była jak mama, która wychowała mnie wraz z rodzicami, która była ze mną od samych urodzin, aż do marca 2007 roku.

Analizując teraz siebie, swoje emocje, swój organizm, myśli, wspomnienia, już wiem, że te wszystkie negatywne emocje, uczucia, które nie chciałam przeżywać, a zakopałam głęboko i zatrzasnęłam mocnymi drzwiami, które dopiero teraz wychodzą na światło dzienne, które potęgują mój ból, rozpacz, pustkę. Dopiero teraz, namacalnie czuję, widzę, słyszę. Obrazy, o których nie chciałam pamiętać przeplatają się z obecnymi obrazami, związanymi z Nim. Już sama nie wiem, które są prawdziwe, a które wymyślone; które się wydarzyły, a które ja sama sobie wyobraziłam. I wiem, że jeżeli to wszystko nie przetrawię, to nie zrobię tego przysłowiowego kroku na przód, nie zmienię się, nie opuści mnie ciemność.

Obecnie wszystko się zmieniło. Zmienił się bieg wydarzeń. Zmieniło się życie.
Wszystkie te drobiazgi związane ze świętami przytłaczają mnie. Chcę od nich UCIEC. Jednak się nie da, są na każdym kroku, na każdej stronie, gdzie spojrzę. Kiedy na nie patrze, wszystko w środku drży, wszystko się buntuje.

Tegorocznych świąt najbardziej się boję. Nie potrafię sobie ich wyobrazić, jako szczęśliwych, radosnych, z magiczną atmosferą. Gdy swoje myśli kieruję właśnie na te kilka, przyszłych dni, widzę tylko szarość, smutek i łzy. Te święta będą inne, niż zwykle. W te święta nie będzie Ich, na których najbardziej mi zależało. Nie planuję, co komu kupić, o upiec, jak zrobić, żeby było najlepiej. Bo, tak naprawdę sama nie wiem co jest dla nas, w tej chwili właściwe i jak to wszystko wspólnie, razem przeżyć.

Próbuję nie myśleć. Jednak, nie potrafię.

jedna z wielu, które obecnie mijam.
 
Stawiając ostatnią kropkę, już sama nie wiem, czy to, co napisałam jest tak, jak miałam ułożone w myślach.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Spacer

Miał być film w Jej towarzystwie, w miłym towarzystwie. Miała być szczera rozmowa. Pozostał tylko samotny spacer ulicami Bydgoszczy. Za Jego powiedzeniem: "Umiesz liczyć, licz na siebie". Coś w tym jest. Ale nie o tym chciałam mówić. Chciałam jedynie pokazać, że Bydgoszcz także nocą może być piękna. Zdjęcia są mojego autorstwa. Jakość taka sobie, bo rozbione były aparatem z telefonu.




 

Sarny na jawie.

Dzisiaj, w tej chwili nie wiem, czy to, co się zdarzyło w poranek, gdzie kończyła się granica nocy a zaczynał się dzień, zdarzyło się naprawdę, czy tylko było moim wyobrażeniem, a może snem na jawie? Półprzytomna wstałam, jak co poniedziałek, by dojechać do miejsca, skąd ze znajomymi wyruszamy do Bydgoszczy. Po wczorajszym incydencie rewolucji żołądkowej, po przespanej jako - tako nocy i bolącym jeszcze żołądku wyruszyłam znaną mi drogą. W czasie jazdy, myśląc o przekraczaniu nadmiernie prędkości, uwielbieniu szybkiej jazdy, testowaniu swoich ograniczeń, mając na liczniku ponad 120, coś mnie tchnęło, żeby zwolnić, opuścić pedał gazu i dobrze rozejrzeć się przed siebie, przed krajobrazem, który roztaczał się przez szybę. Długo nie zastanawiając się, tak zrobiłam. Mając na liczniku mniej niż 60, jakieś 300 metrów przed samochodem, wychodząc z zakrętu zauważyłam na środku drogi sarnę, która biegła przed siebie, nie patrząc, nie martwiąc się, czy coś akurat nie jedzie. Bardziej zwolniłam zachowując bezpieczną  odległość. Tocząc się samochodem, wcale nie przyspieszając, kilka metrów przed maską ukazała mi się jeszcze nie jedna sarna, ale pięć. Biegły gęsiego, jedna za drugą, przekraczając granice swojej lekkości, zwinności i szybkości. Mocno zachamowałam i spojrzałam na prawo, na całe, przebiegające stado. Jedna z ostatnich saren swoim wzrokiem spojrzała na mnie tak, że aż dreszcze po mnie przeszły. Po kilku sekundach mogłam ujrzeć tylko ich białe tyły. Ostrożnie ruszając, nie testując już swojej granicy, bezpiecznie dojechałam w wyznaczone miejsce. Cały czas w głowie miałam to, że jakbym jechała, cały czas, ponad 100 km/h, nie miałabym nawet minimalnej szansy na wyjście z cało z kraksy nie z jedną sarną ale ze stadem. Nie miałabym nawet szansy w porę jak wyhamować, zatrzymać się w bezpiecznej odległości. A tak moje przeczucie, mój cichy 'anioł' można powiedzieć, uratował mi życie. Może przesadzam, ale tak się czułam i tak nadal się czuję. Żałuję jednego, że nie miałam przy sobie aparatu i nie mogłam uwiecznić tej chwili, uwiecznić je, żeby samej sobie udowonić, że to nie były tylko sarny na jawie, tylko prawdziwe zwierzęta z krwi i kości. Ten jeden incydent uświadomił mi, że mało staramy się, nie patrzymy tak naprawdę co jest przed nami, co mamy na wyciągnięcie ręki. Za mocno i za dużo testujemy swoje ograniczenia, swoje małe granice, nie dbamy o siebie, o swoje życie. Jeden ułamek sekundy swojej nierozwagi wystarczy by wszystko się zmieniło. Bezpowrotnie się zmieniło. Czy na gorsze, czy na lepsze? Tego, akurat nie wiem. Wiem jedno, że nieraz moje przeczucie się sprawdziło, nie tylko wobec mnie samej, ale również wobec innych osób. Nie po raz pierwszy, moje przeczucie, uratowało mnie przed czymś złym.

zdjęcie znalezione w sieci.

czwartek, 14 listopada 2013

MÓJ SERDECZNY KRAJ

Dzisiaj będzie inaczej.
Dzisiaj relacja z przecudownego koncertu.



Koncert, który odbył się w Moim Zespole Szkół upamiętniający 11 listopada i nie tylko. 
Ludzi tłum. 
Emocje górą. 
Fantastyczne wrażenia. 
Chór. 
Soliści. 
Niebywałe głosy. 
Dreszcze na ciele. 
Odskocznia od brudnej rzeczywistości. 
Przejście w świat muzyki, słów.
Szczery uśmiech.
Zrozumiały wzrok.
Przytulenia.
Zamknięte oczy.
Wzrok skupiony na scenie.
Polonez.


Kiedyś opisałam koncert pt.: Miłość swe humory ma"
Ten sam chór. 
Podobna publiczność.
Większa liczba osób.
Inne słowa.
Inna muzyka.
Jednak wrażenie podobne.
Podobne dreszcze na całym ciele.


Z całą pewnością mogę zagwarantować, że covery przebiły oryginalność. 
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że o tych solistach, o tym chórze kiedyś cały świat usłyszy.
Teraz, kiedy mają po 16-18 lat i wywołują takie emocje, dreszcze. To, co to, będzie za te pare lat.


Z całym serduszkiem trzymam za Nich kciuki.
Uwielbiam taki dzień.
Uwielbiam taką muzykę.
Uwielbiam takie emocje.
Uwielbiam taki chór.
Uwielbiam tych ludzi.

A to tylko jest część tego, co się działo przez około 2,5 godziny.