Lubię zboże na zdjęciach. Lubię zboże na tle zachodu słońca. Lubię zboże na tle ciepłego słońca. Lubię zboże po deszczu. Uwielbiam zdjęcia. Uwielbiam robić zdjęcia. Dlatego dwa dni temu, kiedy deszcz ustał, a wyszło słońce, zabrałam swój aparat i zrobiłam kilka zdjęć.
Miało być o Warszawie, miała być relacja z pobytu. Miało być o tym, że się odważyłam jechać sama autem do stolicy.
Ale dzisiaj o tym nie będzie. Nie będzie zdjęć.
Będzie o Aniele Stróżu... po raz kolejny... o moim życiu decyduje przypadek... jeden ułamek sekundy zastanowienia się i wyjazd... jeden ułamek sekundy, który spowodował, że nic się nie stało... jeden cholerny ułamek sekundy, a nie wiem, czy nadal bym tu była...
Lato naszło, a za tym i burze... lekkie, które ochładzają powietrze, ale też takie, którym jeży się włos na głowie... są i takie, które przeobrażają się w tornado... Wczoraj właśnie przeszło na mojej okolicy, takie tornado....
Zacznijmy od początku.
W Warszawie z M. miałyśmy w planie, że pójdziemy do kina, potem na obiad i koło 17/18.00 wyjadę, spokojnie do domu. Na film się spóźniliśmy, a nie opłacało się czekać 1,5 godz. na następny seans i tak wcześniej poszłyśmy coś zjeść, potem podjechałyśmy do Jej mieszkania, bym mogła spokojnie się spakować i o równej 15.00 wyjechać do domu. Dwie godziny spokojnej drogi. Nic nie zapowiadało tego co się stanie. Dobrze się jechało, mimo duszności odczuwanej w powietrzu. Zdążyłam jeszcze na minute zajrzeć do Szczególnego Miejsca. Zajechałam pod dom. W ostatniej sekundzie zdążyłam schować auto do garażu i zamknąć drzwi od domu. I w tym momencie rozszalała się burza, ale taka burza, którą widziałam raz w życiu, 11 lat temu. Burza, w której nie było widać nic... tylko tabun kurzu, deszczu i silnego wiatru, który zabierał ze sobą wszystko to, co napotka na swej drodze.... Siła wiatru... Ciemność... Deszcz.... i cisza... ogłuszająca cisza... Siedziałam w rodu, między jednymi drzwiami, a drzwiami mego pokoju... w ciemności, żeby nie widzieć i się nie bać... I moje myśli... W głowie, wypowiadałam tylko słowa, żeby nic się Nam nie stało, żeby dom ocalał, żeby było wszystko dobrze... Cisza i spokój... Po paru minutach wyszło słońce, deszcz ustał, wiatr poszedł dalej.. błyskawic już nie było
Z ledwością wstałam, otworzyłam drzwi od domu i rozejrzałam się po działce... Na szczęście Nam nic się nie stało, jedynie popękane zostały doniczki, ławkę zastałam w innym miejscu, nic w miejscu docelowym... Na trawie były połamane gałęzie... Wystawiłam samochód i udałam się do Szczególnego Miejsca, by sprawdzić, czy wszystko stoi na swoim miejscu... Całe szczęście nic się tam nie stało.... Jadąc drogą zauważyć można było połamane drzewa, zwalone na droge i pola... Zerwane dachy, połamane płoty, przewrócone meble ogrodowe... i kałuże na szosie....
Spotkałam znajomego, który opowiedział mi, że jechał z rodziną drogą w tą burzę, szukał miejsca, ustronnego i bezpiecznego, by mógł się zatrzymać, ale nie zdążył się zatrzymać... na ułamek sekundy życie stanęło mu przed oczami... ale na szczęście nic poważnego się nie stało... w ostatniej chwili dodał gazu i uciekł przed miażdżącym, spadającym, powalonym drzewem...
I w tamtej chwili uświadomiłam sobie, że ja mogłam być na miejscu tego znajomego, że ja mogłam prowadzić, wracać od M. i to mnie mogło się nie udać... Uświadomiłam sobie, że to dzięki nie obejrzanemu filmu, wyruszyłam wcześniej i zdążyłam w ostatniej sekundzie bezpiecznie się schronić..
Wystarczy tylko ułamek sekundy by się zakochać, by poznać kogoś, by się uśmiechnąć, by uwiecznić coś niezwykłego, ale także wystarczy ułamek sekundy, by świat nam runął...
Właśnie kończy się niedziela. Za oknem, znowu, pada deszcz, jak za czarodziejską różdżką wszystko zmywa, nawet te najgorsze myśli. Pewnie Ty już nie możesz się doczekać jutrzejszego dnia, choć jesteś jeszcze taki mały. Wydawałoby się, że nic nie rozumiesz, że nie wiesz co się dzieje wokół Ciebie, ale prawda jest taka, że Ty wszystko rozumiesz i wiesz. Jesteś tak naprawdę już dużym chłopcem. Jutro czeka Cię niezwykła przygoda.
Ludzie powiadają, że miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Powiem Ci coś, ci wszyscy niedowiarkowie mylili się. Bo na własnej skórze przekonałam się, że takowa miłość istnieje. Wystarczył tylko jeden rzut oka, w ten październikowy dzień, praktycznie 2,5 roku temu. Właśnie w tamtym momencie zakochałam się w Twych oczkach. Nie jestem Twoją mamą, ale to własnie Ty uczysz mnie jak być szczęśliwym każdego dnia, jak z każdej rzeczy można się cieszyć, jak poznawać świat w każdej minucie swego czasu. Tak naprawdę to dzięki Tobie żyję i cieszę się z tego. W moim serduszku gościsz już na stałe, do końca moich dni.
Drogi H. jak już podrośniesz i będziesz wiedział i rozumiał co w tej chwili piszę to wszystkie te słowa Twoja ciocia przeczyta Ci i opowie jakie były Twoje pierwsze lata życia.
Moją miłość nie da się wylać w kilku słowach. Moją miłość nie da się uformować w jedną definicję, dlatego każdego dnia pokazuję jak ważny jesteś, jak Cię kocham.
Jesteś bardzo dzielnym chłopczykiem, wiesz o tym H.? Rośniesz na indywidualistę w każdej dziedzinie. Umiesz powiedzieć stanowcze NIE! Umiesz się sprzeciwić, ale także umiesz dostosować się do zaistniałej sytuacji. Masz milion pomysłów na minutę. Zadziwiasz mnie swoją kreatywnością. Kto by pomyślał, że ze zwykłych samochodzikow można zrobić prawdziwy wyścig, że sprzątanie miotełką, czy mycie naczyń może być najlepszą zabawą. To jak tak szybko rośniesz, dorastasz i uczysz się. Przecież jeszcze wczoraj nie potrafiłeś ubrać bucików na dwór, a dzisiaj sam je ubierzesz, zabierasz pod pachę kurteczkę, butelkę z napojem, otwierasz drzwi i już jesteś w innym świecie. Nawet na myśl nie przyszłoby mi, że pozbierasz niepotrzebne rzeczy i zaniesiesz do kosza, że swoje ciuchy zaniesiesz i włożysz do pralki zamykając przy tym bęben. Jesteś już taki poważny, a zarazem rozbrajasz swoją rozbójnicką miną.
Uwielbiam jak śmiejesz się z moich żartów, jak z ufnością bierzesz mnie za rękę i prowadzisz do swojego świata, jak po obudzeniu się ze snu śmiejesz się i skrobiesz się na moje kolana i razem oglądamy baję. Jak z łobuzierską miną pokazujesz paluszek. Jak zaśmiewasz się, kiedy wariujemy na podłodze. Jak ze śmiechem na twarzy biegamy na dworze. Jak uśmiechasz się, kiedy podaję Ci owoc. Jak witasz i żegnasz się, kiedy już odchodzę. Jak wystawiasz swój mały pyszczek do buziaka. Jak z wdzięcznością spoglądasz, kiedy daję Ci paczkę smakołyków. Jak śmiejesz się w głos, kiedy uciekasz ode mnie, a ja wtedy Cię gonię, łapię i robimy "samolota'. Jak szukasz mojego wzroku wśród mam na placu zabaw. Jak szukasz mojego potwierdzenia, że coś możesz zrobić i wtedy obdarowujesz mnie najpiękniejszym uśmiechem na świecie.
Wiesz co, co jeszcze lubię? Kocham jak podczas robienia zdjęć robisz głupie miny, jak specjalnie pozujesz do aparatu, jak zaśmiewasz się bo wtedy wiem, że dobrze się bawisz. Uwielbiam jak po zrobieniu miny biegniesz do mnie i chcesz sprawdzić jak wyszło zdjęcie.
Każdego dnia zastanawiam się co z Ciebie wyrośnie? Wiem już teraz, że Pani w przedszkolu, szkole będzie miała dużo pracy, że nie oszczędzisz jej każdej minuty, bo już teraz widać Twoją indywidualność i Twoje własne zdanie, że nie potrafisz posiedzieć pięciu minut, bo tak jesteś ciekawy świata, bo wszystko Cie interesuje, bo chcesz poznawać nowe rzeczy.
Postaram się rozwijać Twoją indywidualność, a także kreatywność. Już teraz przecież jak siadasz przy stole to przynoszę Ci kartki i kredki, mazaki, farby, bo lubisz rysować, lubisz także dużo mówić, dlatego też słucham Cie uważnie i odpowiadam, nie zostawiając Cię bez żadnych informacji.
I wiesz co, postaram się być przy Tobie, dopingując Twoje starania i starając się zrozumieć Twoje wszystkie, ważne decyzje jakie podejmiesz w swojej drodze życia. Wiedz, że zawsze, kiedy będziesz chciał się wygadać, czy nawet pomilczeć, będę. Wystarczy, że zadzwonisz.
Postaram się być dla Ciebie dobrą Ciocią.
Podpowiem jak podążać, jak się nie bać
Zrozumiem każdą Twoją decyzję
Wysłucham wszystko to, czego nie będziesz chciał wypowiedzieć swoim rodzicom.
nawet gdyby się paliło nie zrywają się na równe nogi
nie połykają tak jak my przerażonego sensu
nie udają ani lepszych ani gorszych
nie wydajemy o nich tysiąca sądów
zawsze ci sami jak olcha do końca zielona
znają nawet prywatny adres Pana Boga
nie deklamują miłości
ale pomagają znaleźć zagubione przedmioty
nie starzeją się odmłodzeni przez śmierć
nie straszą pustka pełną erudycji
nie łączą świętości z apetytem
bliżsi niż wtedy kiedy odjeżdżali na chwilkę
przechodzą obok z niepostrzeżonym ciałem
ocalili znacznie więcej niż duszę"
ks. Jan Twardowski
"Drogi T.
Wszystkiego Najlepszego w Dniu Twoich (ziemskich) urodzin.
Dzisiaj byś kończył 55 lat.
Dzisiaj bym upiekła specjalnie dla Ciebie tort i Twoje ulubione ciasto.
Dzisiaj byłyby rozpakowywane prezenty.
Dzisiaj byłyby uśmiech i radość.
Dzisiaj H. skradłby całe Twoje widowisko.
Dzisiaj H. zapewne by Cię ucałował, uścisnął, wywinął jakiś numer.
Dzisiaj byłoby święto.
Jednak dzisiaj nic się nie stało.
Nie było tortu, ani śmiechu, ani prezentów. Była tylko niema rozmowa i zapalony znicz, zaduma i wspomnienia.
Gdzie jesteś? Czy tam jest Ci dobrze?
Tak bardzo mi Ciebie brak ...
Miałam nie pisać. Miałam zostawić to wszystko i jakoś w spokoju, we własnym umyśle przeczekać ten trudny dla mnie czas. Byłam od kroku, żeby całkowicie skasować blog, ale tylko Ty wiesz ile on dla mnie znaczył, więc pozostaje... tak jak pozostają, utrwalają sie słowa, które właśnie piszę.
Drogi T. byłam dzisiaj u Ciebie, wiesz o tym, prawda? Pomimo, że nie planowałam tej podróży, coś wewnątrz mnie podpowiadało, żeby skręcić i tak znalazłam się. Musiałam być, choć na chwilę zajrzeć, spojrzeć na Twe zdjęcie, podumać, uronić łzę....
Tak trudno, tutaj bez Ciebie. Tak wiele pytań mam, tak wiele niewyjaśnionych spraw... Tylko Ciebie brak... Brak Twego uścisku, uśmiechu... Brak głosu i spokojnych, niebieskich oczu...
Brak tego wszystkiego, dzisiaj, wczoraj, jutro....
Dwa lata.... 24 miesiące.... 730 dni....
Tyle czasu bez Ciebie, Tato....
Pomimo, że kalendarzowo kolejna rocznica mija w poniedziałek, ale dla mnie najgorszym dniem zawsze pozostanie sobota.... ten jeden dzień, będący w czerwcu, poprzedzający Dzień Ojca....
Czas tak szybko mija, nawet nie wiem, kiedy zegar wybił kolejne koło, kolejny rok...
Pamiętam ten dzień, sobota 22.06, dwa lat temu. Rano spakowana, wraz z Nią i z M. wyruszyłyśmy do Ciebie, jak co dzień, jak przez ostatnie półtora miesiąca - okres Twej choroby... wystarczyło tylko niecałe dwa miesiące, by los zabrał Ciebie od Nas. Byłyśmy u Ciebie, trzymałam Twoją dłoń, masowałam Twoje palce, by mięśnie i stawy pobudzić, by się nie zastojały. Patrzyłam na Twoją twarz pokrytą rurkami respiratora, który podtrzymywał Twoje życie. Spojrzałam ukradkiem na monitor, który pokazywał Twoje parametry życiowe. Przez chwilę podskoczyły, kiedy wspomniałyśmy o małym brzdącu, tak kochanym przez Ciebie. Spojrzałam na maszynę, która stała koło Twego łóżka, to była Twoja sztuczna nerka. Wsłuchałam się w dźwięki, które wydobywał respirator. Myślałam o prezencie na Dzień Ojca. Myślałam, czy za rok będziesz je obchodził wraz z Nami, jak będziesz odpakowywał prezenty. Pomyślałam wtedy, czy ten ważny Dzień będziesz spędzał w domu, czy akurat w szpitalu, bo jeszcze w tamtym momencie miałam nadzieję, że zostaniesz z Nami, że Cię uratują, że jakoś damy radę.... Odchodząc z pokoju raz jeszcze spojrzałam w Twoją stronę, z trudem puściłam Twoją dłoń... czułeś jak Cię obejmowałam? Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało tragedii, która Nas spotkała.... M. odwiozła mnie na dworzec, bo musiałam być w tym dniu w Bydgoszczy, ponieważ w poniedziałek miałam mieć ostatni egzamin na uczelni... przecież Ci obiecałam, że nie zawale egzaminów, chciałam dotrzymać danego Ci słowa, jednak Ty już wiedziałeś, że na nim się nie pojawię..... Wsiadłam do autobusu, pożegnawszy się z Nimi... Przez całą drogę spałam, do momentu, aż coś mnie zbudziło.... Praktycznie byłam na miejscu.... Autobus zatrzymał się na przystanku, tam gdzie nigdy się nie zatrzymywał. Wysiadłam, zabrałam walizkę ze sobą i szłam do mieszkania, gdy nagle poczułam silny wiatr, który otulił moją twarz... z biegiem czasu zrozumiałam, że byłeś to Ty... Weszłam do pustego mieszkania, rozpakowałam się, przyszykowałam sobie kanapkę, włączyłam laptopa, włączyłam piosenkę, która związana została z tamtym wydarzeniem, wyjęłam notatki, by zacząć się uczyć i zadzwonił telefon.... Na wyświetlaczu widniało Mama, nawet przez myśl nie przeszło mi, że coś się stało, nic mnie nie tknęło..... Usłyszałam Jej głos, w tle płacz M. Pamiętam jak przekazała mi tą straszną wiadomość, która do mnie nie docierała, bo przeciez, dwie godziny temu byłyśmy u Ciebie, i nic nie wskazywało, że możesz nas opuścić... Od razu wiedziałam, że spakuje się znowu i wyruszę na dworzec, w podróż powrotną do domu... Na autobus, który bezposrednio jechał do naszego miasta spóźniłam się. Na twarzy miałam okulary przeciwsłoneczne, zeby ukryc jako tako moje łzy. Chwile poczekałam i wsiadłam w autobus, który zawiózł mnie do miasta, oddalonego o 80 km od domu. Tam już czekał On i znajomy. W aucie nie wypowiedziałam żadnego słowa, bo nie dowierzałam. Dotarliśmy na miejsce... Wystarczyło jeden rzut oka, żeby zrozumieć, że sama będę musiała zmierzyć się ze swoimi emocjami i bólem.... Wystarczył jeden rzut oka by wiedzieć, że to ja muszę być tym najsilniejszym, tą osobą, która udźwignie ten bajzel, który pozostawiłeś, ale wiem, że byłbyś dumny ze mnie, z tego jak sobie radzę, jak utrzymuję dom w ryzach.
Dwa lata
Smutku i bólu
Dwa lata
Bez Ciebie
Nie było takiego dnia, abym nie myślała o Tobie...
W tamtym dniu moje serce rozpadło się w mak, roztłukło się na milion kawałków, które teraz skrzętnie sklejam, ale wiem, że w pełni nie odnajdę siebie, bo jakaś część mnie umarła razem z Tobą.